Asia Kołton - 4433 Bytes


Poniżej znajdują się linki do sześciu opowiadań Asi:

Email autorki opowiadań: butita@box43.gnet.pl


"BRODACZ DZIWAK"

Codziennie obserwuję sobie mój starzejący się jak ja ogród i co dzień odnajduję w nim nowe szczegóły. Dziś zauważyłem, że wszystkie drzewa skuczyły się i zgarbiły tak jak ja. Wszystko w tym ogrodzie starzeje się i umiera powoli razem ze mną. Sam kilkadziesiąt lat temu sadziłem tu kiedyś małe krzaczki i obserwowałem je jak własne dzieci. Patrzyłem jak co wiosnę wypuszczały pączki nadziei, a co jesień gubiły swoje liściaste włosy. Nie było tych drzew dużo. Kilka jabłonek, grusz i śliw, a reszta to jakieś krzaki, których już dziś nie umię rozpoznać.
Starość szybko mnie dopadła, ale zbytnio mi nie dokucza. Jest tak spokojna i obojętna, że od kilku lat prawie o niej nie myślę. Przyzwyczaiłem się do moich drgających rąk, do siwych włosów i brody, do zmarszczek i suchości mojego ciała. Nie wiem nawet czy zmieniłem się przez te wszystkie starcze lata. W środku chyba zawsze byłem taki sam. Miałem swój zamknięty świat, którego nawet dobrze nie znała moja żona Marynia.
Byłem dziwny sam dla siebie, niezrozumiały i nieodgadniony. Gubiłem się we własnych myślach i często robiłem rzeczy, których sam nie umiałem wyjaśnić. Ludzie też mnie takiego widzieli. Nie raz zauważałem w ich oczach strach, albo niepewność gdy mijali mnie na ulicy. Nie wiem już nawet kiedy usłyszałem za sobą krzyki dzieciaków, które wołały na mnie "dziwak", albo "brodacz". Dzieci są mądre. Wiedzą co mówią. Mówią po prostu to co widzą. Nie owijają w bawełnę, nie boją się, że mogą kogoś urazić tylko mówią. Tak już zostało, bo nigdy nie sprzeciwiałem się temu. Później zaczęli mnie tak nazywać inni ludzie i do dziś jestem "brodacz dziwak".
To wszystko przez moją długą brodę. Od kiedy zostałem wdowcem, jakieś siedem lat temu, przestałem się golić. Nie odczuwałem już wtedy potrzeby golenia się i nie przeszkadzało mi dodatkowe owłosienie mojej twarzy. Dzisiaj mi też nie przeszkadza moja siwa broda. Lubię ją. Często siedzę sobie sam z nią i głaszczę sobie jej długie włosy. To mnie uspakaja.
Gdy Marynia mnie zostawiła, mój świat się zmienił. Już prawie całkiem odizolowałem się od świata i ludzi. Żyje tylko w swoim ogrodzie, na który tylko patrzę i nic w nim nie robię . Kiedy żyła Marynia, żyliśmy każdy we własnym światku, ale trzymaliśmy się razem i razem patrzyliśmy na ogród. Nasz dom był naszym azylem. Rzadko wychodziliśmy z naszych zarośli. Marynia wcześnie rano chodziła do sklepu. W niedzielę chodziliśmy na poranną mszę do naszego kościółka we wsi. Nasze życie było proste i monotonne, ale było raźniej. Marynia zmarła i zostałem sam. Nie ma nawet do kogo ust otworzyć.
Prostota i monotonia były coraz głębsze i wszystko było inne. Ja też jestem już inny. Do kościoła nie chodzę. Kiedyś poszedłem tam w tygodniu i położyłem się krzyżem przed ołtarzem. Zobaczył to ksiądz, który siedział w konfesjonale i kazał mi wyjść. Ja nie robiłem nic złego. Chciałem tylko posłuchać, czy Bóg jest gdzieś w pobliżu. Czy oddycha, a może stąpa po ziemi. Nic nie usłyszałem, bo zbyt szybko oderwano mnie od podłogi. Myślę nawet, że gdybym tam dłużej poleżał On przyszedł by po mnie. Od tamtego zdarzenia nie pokazałem się już w tym kościele. Nie potrzebuję księdza, który nie pozwala mi spędzać czasu w murach kościoła. Wiem, że nie robiłem nic złego. Wiem czego potrzebuję, żeby pielęgnować swój kontakt z Bogiem. Wtedy potrzebowałem bliskości z Nim, a ksiądz mi na to nie pozwolił. Co tydzień zamiast mszy czytam sobie Biblię. Nie Wiem ile razy ją już przeczytałem, ale dopóki będę coś widział, to będą ją czytał regularnie.
Zakupy robi mi syn sąsiadów. Dobry i uczynny chłopak. Jest w wieku mojej piętnastoletniej wnuczki, której nie widziałem od pogrzebu jej babki i chyba już nigdy jej nie zobaczę. Mam za złe córce, że tak sobie układała życie, żeby znaleźć się jak najdalej od swoich rodziców dziwaków. Chcieliśmy być dobrymi rodzicami, staraliśmy się, ale ta rola jest zbyt trudna, żeby być w niej perfekcyjnym. Ułożyło się, jak się ułożyło. Nic nie da się zrobić. Córka przyjeżdża co jakieś cztery lata. Zostawia swoją drugą ojczyznę Australię i rodzinę na kilka tygodni i przyjeżdża do Polski. Nawet nie śpi wtedy u mnie. Zatrzymuje się u znajomych i odwiedza mnie raz lub dwa razy w czasie swojego pobytu. To chyba litość, bo nie chce mi się wierzyć, że ona czuje potrzebę zobaczenia się ze swoim osamotnionym ojcem. Robi to z obowiązku, bo tak wypada. Nie ma tym uczucia, radości, ani innych emocji. Myślę, że robi to tylko po to, żeby w drodze powrotnej do Australii nie dopadły ją wyrzuty sumienia. Kiedyś odwiedzała nas dwoje, teraz jestem tylko ja, ale już chyba niedługo. Kiedyś trzeba iść do bramy niebios, do Maryni. Ostatnio dużo myślę o śmierci. Jestem ciekawy jak przywita mnie Bóg. Wierzę, że to on wszystkim rządzi na Ziemi i tam u góry też.
Przygotowuję się już do śmierci. Dziś się jej w ogóle nie obawia .Myślę, że tylko ona może mnie wyrwać z tej samotności i nudy.
Kiedy Marynia odeszła, postawiłem przed domem drewnianą beczkę, do której wrzucałem wszystkie ogryzki po zjedzonych jabłkach. Wtedy pomyślałem, że będą je tam wrzucał, aż napełnią ją po brzegi. Gdy będzie już pełna, wtedy wykopię głęboki dół na środku mojego ogrodu i wszystkie ogryzki zakopię w tej ziemistej otchłani. Później już tylko będę czekał jak zacznie rosnąć moja jabłonka, która kiedyś będzie największa na świecie. Dziś myślę, że sam nie zdążę już tego zrobić. Z pełną beczką, przyjdzie i mój koniec. Już rozmawiałem o tym z tym młodzieńcem, który kupuje mi jedzenie. Powiedział mi, że nie na darmo nazywają mnie we wsi "dziwak" i że mam dziwaczne pomysły. Jednak jeśli taka jest moja wola, zrobi to.
Teraz jestem już spokojny. Nie mógłbym spokojnie odejść z tego świata, wiedząc, że misja mojej ogryzkowej beczki nie będzie miała końca. Beczka jest już prawie pełna i sądzę, że moje życie też powoli się dopełnia. Zostawię tą beczkę i z góry już będą obserwował jak rośnie mój pomnik.
Ostatnie siedem lat spędziłem prawie sam. Większość czasu przesiedziałem na moim wytartym fotelu w pokoju. Część mniejszą na ławce przed domem. Moje towarzystwo było moim smutkiem i radością, problemem i rozrywką. Czuję już życiowe zmęczenie i starość moich kości. Wszystko mnie już prawie boli. Wzrok już nie ten, smak, słuch i inne zmysły też nie dostarczają mi przyjemności, tak jak kiedyś. Słyszę tylko swoje myśli. Tęsknię już za Marynią i wiem, że ona przyjdzie po mnie w chwili mego odejścia. To już niedługo, bo beczka już jest prawie pełna. Wszystko co miałem zrobić przed śmiercią, już prawie zrobiłem. Odremontowałem płot, rozliczyłem się z sąsiadami i spakowałem trochę potrzebnych ubrań, bo mogą się przydać. Zbliża się zima, a ja nie wiem czy u góry zdobędę moje ulubione flanelowe kalesony.
Chciałem jeszcze zawczasu rozmówić się z kilkoma osobami na tym świecie, ale nie wiem czy mam w sobie jeszcze tyle siły. Dziś byłem u tego księdza, który kilka lat temu wypędził mnie z kościoła. Na to znalazłem siły, bo za bardzo mnie wtedy zranił. Powiedziałem mu, że niedługo zobaczę się z Bogiem i zapytałem czy chce mu coś przekazać. On powiedział, żebym lepiej się pomodlił zanim Bóg mnie przyjmie do Swego Królestwa.

- Co to znaczy "przyjmie" - krzyknąłem poruszony - On już na mnie czeka, bo wie, że nie mam na świecie osoby z którą mógłbym porozmawiać, a u Niego jest moja Marynia.
- Marynia może jeszcze poczekać. A co zrobisz Brodaczu jak nie trafisz tam gdzie jest twoja Marynia?
- Jak to nie? Marynia jest w niebie i ja trafię do nieba. - pewny siebie stwierdziłem dosadnie.
- A co zrobisz jak Bóg ześle cię do piekła i podda cię kolejnej próbie?
- Piekło jest tu. Pustka, smutek, samotność, ból i brud. Gorszego miejsca już na pewno nie spotkam. - szybko urwałem.

Przypomniałem mu jak wyrzucił mnie z kościoła. On dobrze pamiętał o czym mówię. Mówił coś, że tak musiał zrobić, bo kościół to święte miejsce i nie na wszystko można w nim pozwalać. Powiedziałem mu, że niedługo to i ja będę święty i będę mógł robić wszystko co będę chciał, wtedy wymyślę dla niego karę, za to, że potraktował mnie wtedy jak dziecko. Ksiądz zaśmiał się tylko pod nosem i pożegnał mnie.
Już kilka dni czekam na jej przyjście, a ona nie przychodzi. Codziennie rano myję się i ubieram w wyjściowy garnitur. Boję się tylko, że przyjdzie podczas mojego snu i nie zdążę się ubrać. Chciałbym, żeby Marynia przywitała mnie w garniturze, tak lubiła jak go ubierałem. Znów słyszałem pukanie do drzwi i pobiegłem je otworzyć, ale jej tam nie było. Nie wiem dlaczego tak zwleka. Może daje mi czas na dokończenie tej sprawy z beczką? Może muszę sam posadzić te ogryzki? Zrobię to jutro. Dziś wyjdę z bagażami na ulicę i poczekam tam na śmierć. Pewnie nie wie dokładnie gdzie mieszkam i błądzi po okolicy.
Siedziałem na walizce pół dnia i pół nocy. Ludzie pytali się mnie co robię. Ja odpowiadałem, że czekam na śmierć. Jedna pani powiedziała mi, że ona na pewno trafi do mojego domu, że nie muszę siedzieć na ulicy. Ja jednak siedziałem jeszcze kilka godzin, aż się zniechęciłem i poszedłem do domu.
Usiadłem w moim wiernym fotelu i szybko usnąłem. W śnie ukazała mi się piękna niebieska polana, gdzie w oddali było widać dużą, niebieską bramę. Z daleka dojrzałem kontury latających przy bramie aniołków. Nie byłem pewny czy mam tam iść sam, czy może czekać dalej na śmierć. Podchodziłem jednak powoli i niepewnie. Aniołki były takie radosne i uśmiechnięte. Dodały mi odwagi. Gdy zbliżyłem się do bramy, aniołki podleciały do góry i popchnęły ją do przodu. Z wnętrza zaczął bić oślepiający, słoneczny blask i ostry zapach konwalii. Wszedłem do środka i czułem się coraz pewniej i luźniej. Nagle na drogę wybiegła Marynia. Miała z dwadzieścia pięć lat. Była taka młoda i jędrna. Jej rozpuszczone, długie włosy fruwały w powietrzu, a długa nocna koszula pytała się między jej udami.

- Jesteś już Stasiek. Miałam wyjść po ciebie, ale tak mi sil dobrze spało. Podbiegła do mnie i zawiesiła mi się na szyi, która była teraz dziwnie silna. Wziąłem ją na ręce, a potem mocno objąłem ją w pasie. Miała takie mocne ciało.
- O Boże Maryniu jakaś ty piękna i młoda. - krzyknąłem.
- Ty też będziesz piękny i .młody. Wszystko w swoim czasie. Wybierzesz sobie swój ulubiony wiek, strój i wygląd i będziesz się mógł zmieniać kiedy chcesz.
- Maryniu jak się cieszę, że cię widzę.
- Ja też Staśku. Ja też. Wiesz co, będziesz się tu świetnie czuł. Tu robi się tylko to, na co ma się ochotę. Będziesz mógł cały czas chodzić w swoich wysłużonych kalesonach i nikomu to nie będzie przeszkadzało.
- Tak Maryniu, świetnie. Moje kalesony! Wszystko zostawiłem. Muszę wrócić po bagaże. Spakowałem nawet twoje korale i wszystko zostało na dole.
- Nic ci nie jest potrzebne. Wszystko tu znajdziesz. Zresztą stad już nigdzie nie możesz iść. Nad nami już nic nie ma, a pod nami jest tylko Ziemia na który już nie ma powrotu.
- To przecież więzienie. Jak tak można? - zapytałem.
- Zobaczysz jakie to cudownie niebiańskie więzienie. Poczujesz się w nim lepiej niż w domu. - szarpnęła mnie za rękaw - Choć pokażę ci twoje miejsce zamieszkania. Przygotowuję je już dla ciebie siódmy rok.



"INNY CZŁOWIEK"

Idąc ulicą przez wiosennie ustrojone miasto, w słoneczny, zielono-żółty dzień, byłam niemal pewna, że mój wiosenny nastrój utrzyma się do późnego wieczora. Dzień był tak piękny, że zapomniałam nawet o swoich długach, które musiałam w tym tygodniu uregulować. Jeden z tych dni na które czeka się z utęsknieniem po długiej i mroźnej zimie.
Naprawdę czułam się cudownie beztrosko. Słońce tuliło mnie w swoich gorących ramionach, a wiatr rozwiewał moje błędne i nieciekawe myśli. Czułam jak słoneczna energia wlewa się w moje serce i dodaje mi siły.
Mój spokój i coraz głębszą, wewnętrzną radość zburzył pewien widok. W miarę pokonywania kolejnych stopni schodów, którymi wchodziłam pod tunel by złapać trochę cienia, czułam jak powoli spada temperatura mego rozgrzanego ciała. Nie zdążyłam jeszcze ochłonąć, gdy już zbliżałam się do schodów prowadzących prosto w promienie słoneczne.
Kiedy zaczęłam się wspinać do góry omijałam człowieka, który przykuł mój wzrok. Ten biedny człowiek uświadomił mi w sekundzie, że moje długi się nie liczą, że problemy w pracy też nie istnieją, że kłótnie rodzinne i alkoholizm mojego brata, to są sprawy drugorzędne. On przekazał mi impuls, który uderzył mnie gwałtownie w sam środek mojego mózgu. Moje życie jest najcudowniejsze. Nic więcej mi nie trzeba. Mam wszystko, żeby godnie go przeżyć. Zdrowe ciało i umysł, pracę za którą mogę się utrzymać, przyjaciół i innych bliskich na których mogę polegać. Nic więcej już nie chcę. Wszystko mam.
Ten człowiek był chory. Siedział na jednym ze stopni i cały się trząsł. Wychudzony, brudny, opuszczony. Obok niego było małe, białe, tekturowe pudełko. Puste. To jego życie. Człowiek ten nie mógł nawet przez chwilę siedzieć w bezruchu. Całe jego ciało wiło się. Miałam wrażenie, że każdy ten niekontrolowany ruch sprawia mu ból. Jego twarz mówiła wszystko ludziom, którzy go mijali. Była taka smutna i pokorna. Zmieniała się pod wpływem nieprzewidywalnych ruchów tego mężczyzny. Jego dwie nogi i dwie ręce były powykręcane w różne strony przez bliżej nieznaną mi chorobę. Nie wiem nawet czy mógł mówić, ale przypuszczam, że nie. Gdy go mijałam usłyszała dwa ciężkie oddechy połączone z cichym, błagalnym jęknięciem. Całe jego ciało drgało jak w delirium. Niczym niepohamowane konwulsje były dla niego czymś swoistym, naturalnym, ale nikt nie wie czy dobrze mu z tym było.
Najbardziej zabolało mnie to, że pomimo, iż człowiek ten dostał od życia kalectwo w "prezencie", to jeszcze nie mógł go godnie przeżyć. Z zawodu został żebrakiem, którego dochody uzależnione były od współczucia przechodniów. Którego z nich poruszy los tego kalekiego mężczyzny, kto z nas zdecydowałby się na zamianę ról z tym chorym człowiekiem, choćby na kilka dni dać mu ulgę, pozwolić mu dotknąć normalności. Może jednak lepiej by było gdyby nigdy jej nie dotknął. Nie będzie tęsknił za życiem zdrowego człowieka. Zostanie w swym poskręcanym ciele i do końca życia będzie wzbudzał w ludziach litość i współczucie. Może co któryś wspomoże jego ciężki los wrzucając do jego pudełka jakiś grosz, może co któryś odda mu hołd myśląc o nim choć przez pięć sekund swego życia. Ja nie dałam mu nawet grosza. Jego widok sparaliżował moje myślenie i pracę mózgu. Nie pomyślałam o tym nawet gdy mój wzrok otarł się o to tekturowe pudełko. Zresztą jak bardzo pomogłabym mu złotówką czy nawet banknotem dziesięciozłotowym. Zjadłby bułkę, owoc może kiełbasę, ale czy to pomogłoby zmienić jego rolę w tym życiu? Życie upodliło go wystarczająco i myślę, że fakt iż nic mu nie dałam nie jest z mojej strony podłością. W tym przypadku na nic moje symboliczne kwoty, które mogłabym mu podarować. Zresztą trudno byłoby mi znieść jego dziękczynny wzrok wpatrzony we mnie. Miał w oczach tyle smutku i życiowego bólu, że chyba umarłabym gdybym musiała zetknąć się z nim centralnie.
Przez moment pomyślałam, że mogłabym z nim porozmawiać, albo przytulić jego poskręcane ciało, które potrzebowało tak dużo opieki i miłości, ale nie wiem. Nie wiem czy wystarczyłoby mi siły i odwagi. Nie wiem czy moja normalność nie uraziła by jego delikatnego, drgającego świata. Nie wiem czy mogłabym. Może mogłam spróbować.
Ostatnio widziałam go pod tym samym tunelem. Było zimno, padał śnieg, ale on wyglądał tak samo. Tak samo drgał ,prosił i milczał. Wszystkich ludzi obserwował swoim błagalnym i pełnym żalu wzrokiem. Nikt tak jak wtedy nie zatrzymał się przy nim choćby na kilka chwil, żeby mu powiedzieć jak go podziwia w jego drodze przez życie.
Zastanawiam się jakie kryterium obrał Bóg gdy rozdzielał życia wśród ludzi. Dlaczego jedni cierpią całe swoje życie, podczas gdy dla innych wyrwanie zęba to tragedia życiowa. On chyba wiedział kto ma ile siły w sobie i kto poradzi sobie z ciężkim życiem. Może ja się nie potrzebnie martwię. Może szczęście trzeba odnaleźć w każdym życiu, nawet w tak beznadziejnym jak wygląda życie tego pokręconego kaleki. Życzę mu tego. Życzę tego nam wszystkim. Silnym i słabym, smutnym i wesołym, zdrowym i chorym itd.



"MEDA"

Meda wracała właśnie z lasu gdzie zbierała chrust na opał, gdy nagle zza jej chatki wyskoczyła piękna sarna. Stanęła jej na drodze i czekała. Meda podeszła do niej powoli i pogłaskała ją.

- To ty Lana. Moja wierna. Gdzie byłaś tak długo? - przytuliła się do niej i poklepała ją po boku - No chodź, zjesz coś.

Sarna cierpliwie czekała przed wejściem, aż jej opiekunka przyniesie coś do zjedzenia.

- Jak ja się cieszę, że znów przyszłaś. Właśnie dziś kiedy kończę czterdzieści lat. Czy ty wiedziałaś? - spojrzała badawczo na Lanę - Lana czy ty pamiętałaś o moim dniu?

Lana oderwała się od miski i pełny skupienia wzrok przeniosła na stojący obok zielony świerk. Meda spojrzała zaraz na to samo drzewko i zobaczyła wiszący na nim mały, niebieski kluczyk. Z radości aż zachłysnęła się ciepłym powietrzem. Podbiegła do krzaczka i ściągnęła z niego prezent, który dostała od Lany.

- Lana dziękuję ci ogromnie. Nie przypuszczałam, że jeszcze raz w życiu będę mogła osobiście porozmawiać z Bogiem. Sądziłam, że kluczyk, który dałaś mi na moje trzydzieste piąte urodziny był jedynym i nigdy nie będę już mogła odwiedzić leśnej świątyni.

Sarna mrugnęła do niej porozumiewawczo i ruszyła w stronę lasu. Meda powiesiła sobie kluczyk na szyi i pobiegła za Laną. Szły w milczeniu. Las był dziś spokojny i milczący. Co jakiś czas jakieś drzewo musnęło twarz Medy, gdy przeciskała się w zaroślach. Raz za czas jakaś łamana krokami Medy gałąź wydawała z siebie trzask istnienia. W jednej chwili Meda poczuła akceptację całego lasu, całej przyrody, która była jej domem. Jakby wszystkie roślinki, krzaczki i drzewa mówiły jej: "Idź Meda śmiało po swoje szczęście".
Nikt jeszcze nie wiedział o czym Meda chce rozmawiać z Bogiem, nikt jeszcze nie wiedział o co Go poprosi, ale Meda już od kilku lat pragnęła jednego. Jej pragnienie dojrzewało w niej od chwili, w której je wymyśliła, od chwili gdy tak bardzo zapragnęła mieć przy sobie drugiego człowieka.
Nagle Lana przystanęła i przepuściła Medę do przodu. Meda wiedziała już jakie jest jej zadanie. Meda wspięła się na małą skałę, żeby dosięgnąć drugiej o wiele większej. W drugiej skale znalazła małą wnękę, w której znajdował się dopasowany do niej kamień. Wyciągnęła go i ujrzała małą dziurkę od klucza. Ściągnęła z szyi niebieski kluczyk i otworzyła nim wejście do jej leśnej świątyni. Skały rozsunęły się i oczom Medy ukazało się znane błękitne światło. Zeszła w dół jaskini i po raz kolejny w swoim życiu mogła podziwiać piękno tego miejsca. Wszystko tu było takie delikatne, niewinne i ulotne. Czyste potoki i strumienie, kolorowe rybki pływające w małych jeziorkach, wzorzyste ptaki bezszelestnie latające nad jej głową i ten zapach sandałowego drzewa. Las w którym mieszkała był taki inny, zupełnie różny od tego. Jej las był dziki, pachniał czymś innym i zbyt dobrze go już znała. Tutaj wszystko było nowe i takie świeże. Cisza tego miejsca świdrowała jej w uszach. Otulał ją spokój i błękit tej leśnej świątyni.
Doszła niedługo do szklanego labiryntu przez który zgrabnie przeprowadziła ją Lana. Po drugiej stronie roztaczał się głęboki mrok i gęste, lepkie powietrze. Była to marmurowa sala kontaktu z Bogiem. Podłoga była zimna i gładka. Cała błyszczała jak tafla niewzruszonego wiatrem jeziora. Nie było tu okien, ani żadnych innych ozdób. Tylko przy suficie wisiały tysiące małych dzwoneczków, które były czułe nawet na najmniejszy ludzki podmuch i delikatnie dzwoniły. Na środku tej sali stał ciężki, marmurowy fotel na którym Meda usiadła. Zaraz będzie rozmawiała z Bogiem, który był łaskaw jeszcze raz się z nią spotkać.
Z drzwi, które mieściły się na przeciwko fotela, wyszedł mały karzełek. Ubrany był zabawnie i kolorowo. Jego wygląd rozjaśnił na chwilę to mroczne miejsce. Miał na sobie pufiaty, maziaty i różnokolorowy kombinezon. Na głowie miał niebieski melonik z wielkim, puszystym pomponem. Karzełek niósł w rękach kosmiczny kask, który włożył Medzie na głowę. Za pomocą tego urządzenia Meda będzie mogła porozumieć się z Bogiem bez słów, tylko myślami.
Meda siedziała w skupieniu. Kask był lekki i miękki. Czuła jak jej głowa robi się coraz cieplejsza. Po chwili usłyszała ciche szumy w swoim mózgu, a potem sam głos Boga.

- Witaj znów droga Medo! Muszę ci się przyznać, że to spotkanie wymusiła na mnie Lana. - pomyślał głęboko - Teoretycznie każdy człowiek w swoim życiu ma tylko jedną szansę, aby się ze mną spotkać. Jednak w praktyce wygląda to trochę inaczej. Moi pomocnicy, tacy jak Lana, nie zawsze docierają do odpowiednich osób. Czasem niektórzy nie potrzebują mojej pomocy, a inni są po prostu niedojrzali duchowo i nie dążą do spotkania ze mną. Jak widzisz mam czasem wolne miejsca i te niewykorzystane wizyty przechodzą czasem na konto osób, które kiedyś miały już ze mną do czynienia. Tak właśnie jest w twoim przypadku.
- Dziękuję bardzo Boże! Jestem niezmiernie wdzięczna i czuję się nieswojo gdy pomyślę, że na moim miejscu mógł siedzieć ktoś inny, ktoś bardziej potrzebujący. - pomyślała szybko.
- To dobrze o tobie świadczy Medo, że zdajesz sobie sprawę z tego, że są ludzie na świecie, którzy potrzebują czegoś bardziej niż ty. Nie użalasz się nad sobą, tylko bardzo pragniesz i modlisz się do mnie. Czy mam rację?
- Tak Boże, nie mylisz się. Tak bardzo pragnę i tak często modlę się. - odpowiedziała w myślach twierdząco.
- Jak ktoś mocno pragnie, modli się codziennie o swoje pragnienie i wierzy, to znaczy, że bardzo tego potrzebuje, a ja wtedy spełniam te gorące prośby.
- To znaczy, że moją też spełnisz? - zapytała w myślach.
- Oczywiście Medo, a po co chciałbym się z tobą spotkać. Chcę spełnić twoje wierne modlitwy i chcę dać ci sens, którego szukasz. - skończył.
- Ty wiesz Boże po co tu przyszłam? - zapytała.
- Wiem od chwili kiedy zrodziło się twoje pragnienie. - przerwał na chwilę i rozpoczął znów Swoje myślenie - Teraz chcesz, żebym spełnił twoje prośby. Ostatnio jednak prosiłaś mnie, żebym uzdrowił wszystkich chorych ludzi w pobliskiej wsi. Była tam epidemia cholery, tak? - zapytał.
- Tak Boże. Tam żyją tacy dobrzy ludzie i chciałam im jakoś pomóc. Sama nie potrafiłam i poprosiłam Ciebie. Wtedy nie chciałam nic dla siebie.
- Szlachetna prośba. Dziś jednak musisz jakoś zapłacić za swoja prośbę. Korzystasz z mojej pomocy już drugi raz w swoim życiu, a tylko spełnienie tej pierwszej prośby nic nikogo nie kosztuje. - skończył.
- To znaczy, że teraz muszę za to, o co proszę zapłacić? - zapytała w myślach.
- Nie dosłownie Medo, ale będziesz musiała ponieść jakieś koszty.

Przez chwilę naszły ją wątpliwości. Nie wiedziała o jakie koszty Mu chodzi. Nie wiedziała co Bóg miał na myśli. Była gotowa ponieść ciężar swoich pragnień, ponieważ jej pragnienie było bardzo silne. Bała się jednak, że jest zbyt słaba, aby odwdzięczyć się Bogu. Nie wiedziała na ile była silna, nie wiedziała czy może sprostać oczekiwaniom Boga.

- Medo słyszę każdą twoją myśl. Przestań się poddawać takim wątpliwościom. - przerwał nagle jej myślenie - Cena którą poniesiesz będzie na miarę twoich sił. Nigdy nie oczekuję od ludzi czegoś ponad ich możliwości. Tylko ludzie są zbyt leniwi i szybko się poddaj . Wierzę jednak, że ty Medo będziesz płacić z godnością za szczęście, które ci dam. - skończył.

Nagle głos Boga wydał się Medzie bardzo obcy. Wystraszyła się Go i omal nie zapomniała o co przyszła Go prosić. Przez chwilę w jej mózgu zagnieździła się ciężka i kleista myśl. Czy nie ma zbyt dużej prośby do Boga? Zaczęła zastanawiać się czy im większa jest prośba, tym większa jest za nią zapłata. To było dla niej zbyt logiczne, żeby się nad tym zastanawiać. Ciekawiło ją w jaki sposób będzie musiała zapłacić. Przygotowana na najgorsze chciała zapytać Boga, jednak On ją ubiegł.

- Medo daj spokój. Zatrzymaj tą pienistą falę swych myśli, która zalewa twój umysł. Pozwól, że udzielę odpowiedzi na twoje pytania.

Meda była zaskoczona, aczkolwiek szybko wprowadziła się w stan skupienia i zaczęła słuchać boskich myśli.

- Zacznę od początku. Żadna prośba nie jest ani mała, ani duża. Ja nie rozróżniam tych waszych ludzkich pojęć. One was zbyt ograniczają. Jednak staram się je szanować. Nie ważne jakie rozmiary ma coś o co prosisz. Ważne jest to, że twoje pragnienie istnieje w tobie i po prostu jest. Prośba jest prośbą i każdą spełnię. - westchnął głęboko i zaczął znowu - Cena, którą zapłacisz nie jest porównywalna do tego co otrzymasz. Nie myśl o zapłacie. Bez względu na jej wymiar będziesz musiała przyzwyczaić się do nowego życia po jej uregulowaniu.
- Boże, ale co to będzie. Bardzo się boję, że nie dam sobie rady. - -wtrąciła gwałtownie.
- Medo widzę, że nie powinienem ci o tym w ogóle wspominać. Lepiej by było dla ciebie. Jednak chciałem być uczciwy wobec ciebie i wobec siebie również. Zapomnij o zapłacie raz na zawsze. To stanie się niemal automaycznie.

Meda uspokoiła się trochę i słuchała dalej.

- Wiem droga Medo, że coraz bardziej doskwiera ci samotność. Wiem, że potrzebujesz drugiego człowieka i chcę ci go podarować. Nie chcę, żebyś do końca żyła już sama w tym dzikim lesie. - pomyślał stanowczo.

Meda przerwała mu nagle:

- Tak Boże, bardzo chcę kogoś, kto mieszkałby ze mną w mojej leśnej chacie. Chciałabym, żeby to był mały mężczyzna, chłopczyk. Pomagałby mi w cięższych pracach. Chcę, żeby miał silne ręce i sokoli wzrok kiedy dorośnie. To mu będzie potrzebne, gdy będzie żył ze mną w lesie. Musi mieć również czujny nos i wrażliwe na najmniejszy szmer uszy. Chcę kogoś, kto mnie czasem posłucha i powie mi coś miłego. Chcę mieć kogoś z kim będę mogła porozmawiać gdy najdzie mnie taka ochota. Najbardziej pragnę jednak, żeby ten chłopczyk, którego chcesz mi dać pomagał mi i mnie kochał jak własną matkę, a po mojej śmierci niech dba o mój leśny gród. - dobrnęła do końca.
- Czy jeszcze chcesz coś dodać Medo? - zapytał w myślach.
- To chyba wszystko Boże. Chcę jedynie podziękować Ci za łaskę, którą mi okazałeś. Bardzo się cieszę, że za namową Lany zdecydowałeś się ze mną skontaktować za pomocą tego urządzenia, które mam na głowie. Zastanawiam się jak Ci się odwdzięczę Boże? - zapytała w myślach.
- O nic się nie martw, a wdzięczność okazuj mi poprzez opiekę nad istotą, którą ci powierzę. To jest ktoś bardzo wrażliwy, ktoś kto potrzebuje dużo ciepła i miłości. Twojej miłości Medo! Nie oddawałbym ci go gdybym nie wierzył, że możesz mu dać swoją miłość. Dasz sobie świetnie radę i myślę, że mnie nie zawiedziesz. - zamyślił się na chwilę i zaczął zmierzać już ku końcowi rozmowy - Myślę Medo, że to już wszystko. Mały Tymon będzie czekał na ciebie przy wyjściu. Szybko go pokochasz. Życzę ci dużo szczęścia i siły. Pamiętaj, że zawsze wspieram ludzi, którzy przy mnie trwają. Żegnaj Medo. Lana odprowadzi cię do twojej chatki, a później wróci do mnie. Jednak kiedyś znów się zobaczycie. Wasza więź jest nadzwyczaj silna. - przestał na chwilę myśleć, po czym dodał - Kochaj Tymona i pamiętaj, że on jest twoim boskim synem. Do zobaczenia kiedyś w przyszłości.

Meda zdążyła tylko pomyśleć: "Do widzenia Boże i dziękuję", gdy z drzwi na przeciwko wyszedł znajomy, wesoły karzełek, który ściągnął jej kask z głowy. Lana cały czas stała z boku i cierpliwie czekała. Wracały tą samą drogą. Jednak wszystko było już inne. Bardziej kolorowe i bardziej radosne. Meda miała spotkać swojego małego Tymona.
Gdy zbliżały się do schodów prowadzących do wyjścia zza małego krzaczka wyskoczył jakiś śmieszny człowieczek, może raczej ufoludek. Pomyślała sobie, że tu przecież może zdarzyć się wszystko i w momencie jej zdziwienie odeszło. Szła dalej prosto do schodów, kątem oka obserwując zachowanie małego ludka. On nie zastanawiając się długo podszedł do Medy i chwycił ją za rękę. Teraz wiedziała, że to nie jest żaden ufoludek, ale jej syn Tymon. Mały Tymon, którego zesłał jej Bóg.
W momencie kiedy mały stworek okazał się jej bliższy niż myślała coś w niej drgnęło. Dlaczego? Dlaczego on tak wygląda? Dlaczego on nie jest normalnym człowiekiem? Chciała uciec i go tu zostawić, ale przecież nie mogła tego zrobić. Meda wystraszyła się Tymona. Bała się jego wyglądu. Bała się jego inności, bo przecież tak bardzo różnił się od niej.
Żeby całkowicie się upewnić zapytała małego:

- Jak masz na imię?
- Ja mam na imię Tymon, a ty jak się nazywasz? - szybko zagaił.

Usłyszała słaby, piskliwy głosik, który miał w sobie ostrość południowego słońca i rześkość górskiego potoku. Głosik był sympatyczny i miły. Na pewno mniej obcy niż wygląd Tymona. Gdy go usłyszała po raz pierwszy, pomyślała, że to właśnie tego głosu będzie słuchała wieczorami. Teraz przyjrzała się mu z cała swoje uwagą. Tymon był taki mały i taki nieproporcjonalny. Miał około osiemdziesięciu centymetrów wzrostu, a jego skóra miała dziwnie żółty kolor. Głowę miał w kształcie odwróconej do góry nogami gruszki, tylko, że ona była dziesięć razy większa niż największa gruszka, która kiedykolwiek widziała. Po bokach tej dziwacznej głowy Tymon miał dwoje wielkich i czerwonych uszu. One były niewiarygodnie czerwone, jakby rozgrzane do czerwoności. Oczy miał równie wielkie. Były wybałuszone jakby Tymon zakrztusił się czymś. Te oczy były wyjątkowo głębokie. Takie czarne i takie głębokie. Meda pierwszy raz widziała w czyichś oczach taką głęboką przestrzeń, cały świat. Nos Tymona był kulfoniasty i też jakiś duży. Wszystko miał bardzo duże. Na głowie nie miał włosów. Był całkowicie łysy. Dopiero gdy się wnikliwiej przyjrzała, zobaczyła, że na całym jego ciele nie było ani jednego włoska. Nie miał rzęs, ani brwi, ani włosków na rękach. Miał za to zbyt długi tułów i ręce do samej ziemi. Z kolei jego nogi składały się tylko z mocnych kostek i znów wielkich stóp. Tymon był nagi, więc Meda mogła dojrzeć między jego nogami coś co przypominało męskiego członka. Do końca nie wiedziała czy to, było to, ale chyba na podstawie tego ostatecznie mogła stwierdzić, że to jest "mężczyzna" o którego prosiła Boga. Niby miał wszystko, co ma normalny facet, ale to wszystko było zbyt duże i jakieś nieusystematyzowane. Tymon był tak strasznie inny. Meda zupełnie inaczej wyobrażała sobie swojego przyszłego współlokatora.

- Czy teraz pójdziemy do twojej chatki w lesie? - swoim cichym pytaniem, wyrwał ją z zamyślenia.
- A skąd ty wiesz gdzie ja mieszkam? - zapytała zdziwiona.
- Kiedyś Bóg wziął mnie na spacer po niebie i pokazał mi ten mały domek w środku lasu. - przestał mówić na chwilę i potem dodał - Zapytał się mnie czy mi się podoba i czy chciałbym tam mieszkać.
- I co Mu odpowiedziałeś? - spytałam z ciekawości.
- No, że mi się podoba i, że chcę w nim mieszkać, ale Bóg kazał mi czekać. Powiedział mi, że nic nie można mieć od razu, że muszę być cierpliwy.
- Byłeś pewnie, skoro jesteś teraz ze mną? - stwierdziłam obojętnie - Byłem cierpliwy i czekałem, bo Bóg codziennie zapewniał mnie, że któregoś dnia po mnie przyjdziesz. - skończył wypowiedź.

Meda zagubiła się na chwilę w tym co się właśnie wydarzyło w jej życiu. Szła za rękę z małym stworkiem, który miał tak mało wspólnego z człowiekiem. Który do jej śmierci miał być przy niej i ją wspierać. Szła z kimś, kogo chwilami się bała. Praktycznie nic o nim nie wiedziała. Wiedziała tylko, że nie tak sobie go wyobrażała. Wiedziała, że człowiek, który został jej podarowany, nie był całkowcie człowiekiem, że jego głowa była tak duża jak jej dwie, że jego głos brzmiał jak miniaturowe, nienaoliwione drzwi. Zadawała sobie wiele pytań, ale wiedziała, że to nic nie zmieni. W tej chwili postanowiła, że musi nauczyć się akceptować Tymona. Przecież od dziś był, albo miał być najważniejszą osobą w jej życiu.
Meda przypomniała sobie słowa Boga i uprzytomniła sobie, że zapłatą za ten cud jest właśnie wygląd i inność Tymona. Nie dostała od Boga normalnego człowieka, ale kogoś zupełnie odmiennego. Jej zadaniem była pełna akceptacja Tymona i pokochanie go takim jaki jest.
Droga przez las wydawała jej się jakaś obca i daleka. Może dlatego, że pierwszy raz szła tędy z Tymonem. Lana szybko doprowadziła ich do chatki. Meda przytuliła ją mocno do siebie i to samo zrobił Tymon. Sarna zaczęła się oddalać. Szła w zielone, leśne zarośla i znikała im z oczu.
Meda pierwszy raz w życiu poczuła się cudownie kiedy ją ktoś opuszczał. Wiedziała już, że nie zostaje sama. Została przecież z Tymonem. Z kosmicznym człowieczkiem, który był coraz bardziej sympatyczny.
Meda już w tamtej chwili wiedziała, że pokocha go bezgraniczną miłością. Wiedziała to, pomimo tego, że nie wiedziała czy on ją pokocha. Jednak Tymon kochał ją od pierwszej chwili. Jeszcze tego wieczora powiedział do niej „mamo”, co Medę tak bardzo ucieszyło. Tymon zrodził w Medzie wielką miłość, której jeszcze nigdy nie czuła. Był jej synem. Była szczęśliwa i nie była już sama. Miała swojego wiernego, kosmicznego Tymona, dla którego chciała żyć wiecznie. Kto wie może kiedyś znów dostanie od Lany niebieski kluczyk i pójdzie prosić Boga o wieczne życie dla niej, a potem dla Tymona, a potem.............



"POCIĄG"

Pomyśleć, że dwa tygodnie temu ja sama byłam w tak przygnębiającym położeniu jak teraz ci ludzie stojący (a raczej wiszący na sobie) za szybą mojego przestronnego i wygodnego przedziału. To jest przykre, ale może to spotkać każdego, tak jak i mnie spotkało. Normalna polska rzeczywistość - przeładowane pociągi.
Gdy się ma w perspektywie 12 godzin stania i niespania, może odechcieć się wszystkiego. Najważniejsze wtedy jest mijanie czasu i dobrze trzeba kontrolować własne zerkanie na zegarek, swój czy sąsiada. Najlepsze jest zapomnienie o istnieniu tego bezlitosnego wytworu jakim jest czas i nie myślenie o powoli skradającym się zmęczeniu. Nie jest to takie proste do wykonania. W którymś momencie i tak nadejdzie kryzys i człowiek uśnie nawet na stojąco.
Stosunkowo łatwo mi się to pisze z perspektywy obserwatora, ale jakby nie było kilkanaście dni temu przeżyłam to na własnej skórze. Teraz pomimo tego, że sama kiedyś wisiałam na oparciu od siedzenia, żal mi tych wszystkich zmordowanych ludzi, którzy jak kloszardzi z ulic siedzą na lepkiej podłodze dalekobieżnego pociągu lub co któryś na własnym miękkim śpiworze.
Na początku (dwie pierwsze godziny) trzeba dojść do siebie i przyzwyczaić się do ludzi otaczających nas ze wszystkich możliwych stron. Wtedy jest czas na pokorny i pół prywatny monolog do Boga, któremu powinno podziękować się za to, iż dodał nam odwagi przed wejściem do takiego "zatkanego" pociągu. Niby to nie jest sprawa życia i śmierci, ale jak ktoś kocha morze tak jak ja, poświęciłby za miejsce "wisząco-stojące" nawet nie przespaną noc.
Po dwóch godzinach przyzwyczajania się do istniejącej sytuacji, człowiek zaczyna myśleć i stawiać sobie odległe pytania. Ile jeszcze godzin? Co zrobi jak będzie zmęczony? Gdzie położy głowę gdy miarowy stukot pociągu totalnie ją osłabi? Te głupie, aczkolwiek logiczne pytania można jeszcze na tym etapie podróży odsunąć od siebie. Gdyż wokół nas o tak wczesnej porze nocy będzie się działo dużo różnych rzeczy, które przyciągną naszą uwagę. Można poczytać książkę, zanim nasze powieki nie odmówią nam posłuszeństwa. Można posłuchać muzyki, która dobiega z magnetofonu sąsiadów. Można również nauczyć się nietaktu i wsłuchać się w rozmowy podróżnych. Jednak i to kiedyś się znudzi nawet najbardziej cierpliwej osobie i zmęczenie zaślepi wszystkie inne możliwości spędzania czasu w pociągu.
Po pięciu godzinach uszy już nie chcą słuchać rozmów innych pasażerów czy muzyki, oczy nie chcą już biegać po stronicach zachęcającej książki, ręce nie mają już więcej siły by wspierać coraz cięższą głowę, głowa już nie może wspierać się na coraz słabszych rękach. Całe ciało najchętniej legło by jak długie, obojętnie gdzie, ale gdzie? Wszędzie ludzie, plecaki, namioty, śpiwory i brak miejsca żeby postawić dwie nogi razem przy sobie. W tym czasie nie jest zbyt ciekawie, ale to mija. Można usnąć ze zmęczenia, albo dalej stać i liczyć minuty. Człowiek opiera się o wszystko. 0 plecaki, śpiwory, namioty i obcych ludzi. Bez względu na to czy pod spodem jest coś szklanego, co może się stłuc, albo coś ostrego i może się gdzieś wbić. To wtedy nie ma większego znaczenia . Człowiek w swej zmęczonej obojętności wierzy w to, że nic w plecaku się nie pogniecie, a ostry nóż jest gdzieś na dnie.
Organizm nie może z tym długo walczyć i przychodzi czas, że się wyłącza. Zasypia się nagle i byle gdzie. Na czymś, na kimś lub na własnych kolanach, a wybrańcy na siedzeniach. Dwie godziny to minimalna dawka snu, żeby na drugi dzień patrzeć w miarę trzeźwo na świat, choć i tak będzie: trochę zdeformowany.
Najgorzej znosi się ciągłe przechodzenie tzw.: imprezowiczów pociągowych, którzy wypiją za dużo moczopędnych trunków i potem chodzą co pięć minut opróżniać swoje pełne pęcherze. Jest to męczące, aczkolwiek mają do tego prawo. Trzeba wykazać się dużą dozą cierpliwości i wyrozumiałości i trzeba wierzyć, że za parę godzin morze jak co rok znów zaszumi w uszach. Widok tego ogromu wody sprawia, że człowiek dostaje amnezji i nie wie co to stanie w pociągu.
Takie doświadczenie to niezła lekcja silnej woli, tolerancji i cierpliwości. Teraz tylko żal chwyta za serce gdy patrzy się na tych wszystkich, którzy doświadczają tego właśnie dziś kiedy ja sobie wygodnie siedzę.



"WIĘZIENNE ODCZUCIA"

Jestem więźniem. Tak, ta zimna i głęboka prawda dotyczy mnie, ludzkiej istoty. Nieludzki wobec ludzkości, znoszę teraz ból swojego czynu. Zamknięty, okratowany ból w celi teraźniejszości.
Siedzę w miejscu, które ma cztery metry kwadratowe i myślę o niczym. Te cztery metry kwadratowe są moim miejscem wegetacji i czekania na wolność.
Co mogę napisać? Nienawidzę tego czekania, nienawidzę tego bezdusznego miejsca, gdzie widzę tylko ciała bez tchnienia ducha, nienawidzę tego "pudełka" z zakratowanym oknem, które mówi mi kiedy jest noc, a kiedy dzień.
Gdzie nie obrócę głowy widzę szarą ścianę, gdzie nie stanę widzę szarą podłogę, czego nie dotknę wszystko jest szare, tak jak teraz mój mózg i moje myśli.
Cela jest tak przytłaczająco mała, że gdy splunę przed siebie, moja ślina odbija się od ściany i osiada na mojej niewiarygodnie bladej twarzy. Teraz mogę tylko pluć na siebie, bo tak siebie nie cierpię. Zastawiłem sam na siebie pułapkę. Jak mogłem ,zrobić sobie taką krzywdę.
Nie jestem tu sam. Są ze mną dwaj towarzysze niedoli, która nas spotkała, a raczej, w którą sami wpakowaliśmy się przez brak niedokładności. Co z tego, że jesteśmy tu razem. Nie warto w ogóle gadać, bo nic już nie osłodzi naszej goryczy, a czas jak się wlecze tak się będzie wlekł dalej. Nic go już nie przyśpieszy, ani nie pogna do przodu.
Metalowe drzwi z głośnymi zamkami, których dźwięk przy otwieraniu przyprawia mnie o ból głowy, mówią mi jak z dnia na dzień moje ciało kostnieje. Piszczą i zgrzytają jak moje sztywne kości, kiedy wstaję z mojej twardej i lepkiej pryczy, która co rano musi mieć nienaganny i nienaruszony wygląd. Moje łóżko każdego poranka musi wyglądać jak tafla nieporuszonego wiatrem jeziora. Proste, równe, wygładzone jakby gotowe do przyjęcia mego ciała wieczorem.
Co rano budzą mnie jacyś obcy ludzie i mój wzrok pada na małe okienko przy suficie, przez które widzę kawałek wolności i niebieskiej przestrzeni - niebo. Ono ma kolor nadziei, o której wcale już nie pamiętam. Nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek poczuję ten smak na coś co może się zdarzyć. Może za kilka długich lat gdy ktoś przypomni mi, że za kilka jasnych "okien" wyjdę na świat.
Nie mam tu nic własnego oprócz butów i szczoteczki do zębów. Wszystko jest więziennym wyposażeniem. Nawet bym nie chciał mieć tutaj nic swojego, bo bałbym się, że wszystko co moje przesiąkłoby smrodem i chłodem tego miejsca.
Któregoś długiego dnia Klawisz mówi do mnie:

- Podaj mi twoją miskę!
- Jaką moją? - zapytałem zdziwiony.
- No tą metalową, która jest twoja dopóki tu siedzisz. - odparł ironicznie z drwiącym uśmiechem na ustach.

To jest wasza miska. - odpowiedziałem bez zastanowienia, bo było to dla mnie bardziej oczywiste niż fakt, że za oknem mojej celi jest życie.
Pan klawisz chwilę pomyślał, jakby chciał powiedzieć coś śmiesznego i powiedział:

- To daj kurwa tą naszą miskę, nalejemy ci naszej zupy, której nasi nigdy by nie przełknęli.

Wziąłem tą obskurną, zużytą prawie dziurawą miskę i podałem mu ją po to, żeby ten dupek nalał mi do niej wody z jednym rozgotowanym na papkę ziemniakiem, której nie da się naprawdę jeść. Ja musiałem dać radę, bo tutaj człowiek schnie jak liść i każda kropla wody jest potrzebna do życia. Tylko ona tu jest życiem.
Tak płaci się za życie złodzieja. Jestem złodziejem. Kradłem po to, żeby trafić tu. Nie wiedziałem, że kiedyś może się tak skończyć. Lata leciałem na tym interesie, aż jakiś glina złapał mnie na próbie kradzieży kurtki z nieprzewidzianym skutkiem ubocznym - pobitym do nieprzytomności facetem. Jaki głupi byłem, że dałem się złapać. Gdyby nie ten fakt, żyłbym dalej na wolności i jadłbym to na co by mnie tylko było stać. Oczywiści kradł bym dalej, bo gdybym pracował uczciwie pewnie też jadłbym na obiad wodę tyle, że ciepłą i posoloną.
Teraz jak wyjdę, (jeśli doczekam tego dnia) nie wiem jak będę żył. Może będę dalej kradł tylko będę ostrożniejszy. Może znajdę pracę jak człowiek i będę miał wypłatę jak śmieć i będę żył jak żebrak. Nie wiem , jeszcze o tym nie myślę.
Na razie jestem tu i oglądam twarze innych frajerów, którzy myślą o tym samym co ja. Czyli o nicości i bezsensie aktualnej wegetacji, która roztacza się przede mną jak perspektywa dostatniego życia dla milionera czy innego bogacza.


Copyright Daniel Dryzek "Noflower" - Najlepsza książka 1998-2007