Gdzieś w latach dwudziestych albo trzydziestych pod postacią profesora czarnej magii Wolanda do Moskwy przybywa sam szatan. Towarzyszy mu dziwaczna i upiorna świta: demon-morderca Azazello, olbrzymi czarny kocur czyli demon-paź Behemot oraz pokutujący za swe dawne przewiny rycerz Korowiow alias Fagot. To nie jest zwyczajna wizyta. Raz do roku Książę Ciemności wydaje wielki wiosenny bal pełni księżyca, zwany też balem stu królów. Na bal przybędą najokrutniejsi królowie i książęta, najohydniejsi przestępcy, a także samobójcy, wisielcy, więzienni dozorcy, szulerzy, kaci, konfidenci, zdrajcy, szaleńcy, tajniacy, deprawatorzy i truciciele.
Przygotowania do balu robią w Moskwie mnóstwo zamieszania. Dochodzi do serii niewytłumaczalnych i makabrycznych zjawisk. Za sprawą Azazella, Behemota i Korowiowa, a może także trochę z własnej głupoty, taki na przykład Berlioz, redaktor miesięcznika literackiego, traci głowę i życie. Poeta Bezdomny ląduje w podmoskiewskim szpitalu dla obłąkanych, a Lichodiejew, dyrektor teatru Varietes - ni stąd, ni zowąd w Jałcie. Milicja i specjalne komisje śledcze brną w potoku sprzecznych zeznań obywateli. Sprawcy tych gorszących zajść pozostają nieuchwytni.
Zgodnie z pradawną tradycją gospodyni balu szatana musi mieć na imię Małgorzata, musi też pochodzić z miejcowości, w której odbywa się bal. W Moskwie mieszka sto dwadzieścia jeden Małgorzat, ale - niestety - żadna się nie nadaje. Wreszcie cudownym trafem Azazello odnajduje tę odpowiednią. Ona godzi się na pakt, ale nie za darmo. Chce, by messer Woland zwrócił jej ukochanego mistrza. A kimże jest ów mistrz? O, to długa historia. Najlepiej będzie, jeśli sprawdzicie to sami. Zapewniam, nie będziecie żałowali.
Powieść Mistrz i Małgorzata zaliczana jest dziś do arcydzieł literatury światowej. Michał Bułhakow pisał ją aż przez 12 lat, od 1928 do śmierci w 1940 roku. Jak stwierdził recenzent Czytelnika, w Mistrzu i Małgorzacie pisarz w pełni ujawnił swój talent demaskatorski w stosunku do porewolucyjnej rzeczywistości rosyjskiej. Szczególny efekt przyniosło zderzenie świata nadprzyrodzonego z realiami ówczesnego życia. No i potem okazało się, że Bułhakow tak bardzo zakpił sobie ze światopoglądu materialistycznego, że książki po prostu nie można było wydać. Zwlekano z tym aż do 1973 roku. W tym pierwszym wydaniu oczywiście pominięto najbardziej obraźliwe dla władzy fragmenty.
W Polsce najbardziej znany przekład autorstwa Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego też nie od razu wyszedł w pełnej wersji. Za to głeboko utrwalił się w świadomości czytelników. To przekład mistrzowski. Co za melodia, co za rytm! To się czyta jednym tchem. Umieram i rodzę się na nowo, ilekroć - zawsze w sierpniu - sięgam na nowo po tę książkę. Kilka lat temu Mistrza przełożył dla Wydawnictwa Dolnośląskiego także sam Andrzej Drawicz. Jak potem tłumaczył, uczynił tak nie dlatego, iżby uważał przekład Lewandowskiej i Dąbrowskiego za zły. Wręcz przeciwnie. Jednak - jego zdaniem - przekłady, tak jak wszystko i wszyscy dokoła, z czasem po prostu się starzeją. Dzieło Drawicza, przynajmniej wśród moich znajomych, wzbudziło mieszane uczucia. Ono w niektórych miejscach odbiega niepokojąco od wersji "klasycznej". Jest chyba nazbyt dosłowne. Drawicz pokusił się nawet o przetłumaczenie na polski rosyjskich nazw. Na szczęście pozostał słynny "jesiotr drugiej świeżości". Cóż, ponoć przekłady mogą być albo piękne, albo wierne. Jedno drugie wyklucza. A skoro tak, to ja obstaję za pięknym.
Blada i znudzona obywatelka w białych skarpetkach i w równie białym bereciku z pomponem siedziała na giętym fotelu w kącie przy wejściu na werandę (...). Przed obywatelką na zwyczajnym kuchennym stole leżała gruba księga z gatunku kancelaryjnych, do której obywatelka owa z nieznanego powodu wpisywała wszystkich wchodzących do restauracji. Ta właśnie obywatelka stanęła na drodze Korowiowa i Behemota.
- Proszę okazać legitymacje! - powiedziała patrząc ze zdziwieniem (...).
- Tysiąckrotnie przepraszam, jakie legitymacje? - zapytał zdziwiony Korowiow.
- Panowie jesteście pisarzami? - teraz z kolei pytała obywatelka.
- Bez wątpienia - z godnością odpowiedział Korowiow.
- Proszę okazać legitymacje - powtórzyła obywatelka.
- Slicznotko moja... - zaczął Korowiow.
- Nie jestem ślicznotką - przerwała mu obywatelka.
- O, jakże tego żałuję - rozczarowanym głosem powiedział Korowiow, a następnie mówił dalej. - (...) Więc żeby upewnić się, że Dostojewski jest pisarzem, należy od niego zażądać okazania legitymacji? (...)
- Ale pan nie jest Dostojewskim - powiedziała zbijana z tropu przez Korowiowa obywatelka.
- Skąd to można wiedzieć, skąd to można wiedzieć - odrzekł Korowiow.
- Dostojewski umarł - powiedziała obywatelka, ale jakoś niezbyt pewnie.
- Protestuję! - gorąco zawołał Behemot - Dostojewski jest nieśmiertelny!
- Proszę okazać legitymacje, obywatele - powiedziała obywatelka.
- Na litość, przecież (...) pisarz jest pisarzem, ponieważ pisze, a bynajmniej nie dlatego, że ma legitymację. (...)
- Proszę nie stać w przejściu, obywatele - powiedziała już trochę nerwowo. (...)
W tym momencie nad głową obywatelki zabrzmiał niegłośny, lecz władczy głos.
- Zofio Pawłowna, proszę przepuścić.
Profesor czarnej magii spoczywał na niezwykle rozległym tapczanie pełnym porozrzucanych poduszek. Bufetowemu wydawało się, że artysta był tylko w czarnej bieliźnie i w równie czarnych pantoflach o spiczastych nosach.
- Jestem - znękanym głosem zaczął bufetowy - kierownikiem bufetu w teatrze Varietes...
Artysta jakby zatykając usta bufetowemu wyciągnął upierścienioną, połyskującą szlachetnymi kamieniami rękę i przemówił z wielkim zapałem:
- Nie, nie, nie! Ani słowa więcej! Nigdy, w żadnym wypadku! Niczego do ust nie wezmę w pańskim bufecie! Przechodziłem wczoraj, szanowny panie, obok pańskiego bufetu i do tej chwili nie mogę zapomnieć ani jesiotra, ani bryndzy. Łaskawco, zielona bryndza nie istnieje, ktoś musiał pana oszukać. Bryndza powinna być biała. A herbata? Przecież to pomyje! (...)
- Przepraszam, (...) przyszedłem w innej sprawie i jesiotr nie ma tu nic do rzeczy...
- Jakże to, jesiotr nie ma nic do rzeczy, skoro jest zepsuty?
- Przysłano nam jesiotra drugiej świeżości - oznajmił bufetowy.
- Kochaneczku, to nonsens!
- Co nonsens?
- Druga świeżość to nonsens! Świeżość bywa tylko jedna - pierwsza i tym samym ostatnia. A skoro jesiotr jest drugiej świeżości, to oznacza to po prostu, że jest zepsuty.