Ta książka z założenia pewnie nie miała być taką typową biografią, jakich pełno na rynku książkowym. Jednak wbrew panującej opinii, jeszcze taka prosta i zwykła biografia, jak ta książka może szalenie zaciekawić i rozbawić. Właśnie ta jej prostota i szarość codziennego życia sprawiała, że nie mogłem powstrzymać się od śmiechu.
Za to, jak każda autobiografia, ta książka opowiada o życiu Stasiuka, co chyba jasne i oczywiste :-) Przygodę z tą opowieścią o życiu młodego pisarza rozpoczynamy już w wieku szkolnym, a kończymy w chwili mniej więcej obecnej. Możemy jasno zauważyć, jak Stasiuk ewaluował w swoim życiu i co miało wpływ na jego twórczość, a zapewniam wszystkich, że życie dostraczyło pisarzowi mnóstwa doświadczeń, na których mogłby oprzeć historie swoich książek. Życie w czasach PRLu stanowi, jakby tło całej historii Stasiuka. Sam autor wypowiada się o tych czasach raczej z pobłażaniem, bo przecież żył właśnie wtedy i nie może nie doceniać pewnych korzystnych stron tamtejszych czasów. Właściwie czytajac Jak zostałem pisarzem stwierdzamy, że w sumie całkiem fajnie mu się żyło i niektórzy z nas pewnie zapragnęliby przeniesienia w tamte czasy... radzę nie zapominać jednak tych złych stron, o których sam autor także pisze.
"Stasiuk łamie mit o czadowym życiorysie. Wojsko, dezercja, samobój, więzienie? - jakie to przewidywalne. Za to im mniej ciekawe rzeczy opisywał, tym bardziej rechotałem podczas lektury tej ksiązki. Stasiuk banalista!"
Grochal miał dwa metry i w maluchach zawsze kasował kolanem pokrętła od radia. Jak wsiadał, to uważał, jak wysiadał, to zapominał. Stało się parę godzin i pluło. Asfalt był tak zacharchany, że trzeba się było przenosić dalej. W nocy pod Kutnem wzięła nas kobieta, a potem chciała wyrzucić, jak zobaczyła, że Napiór nie jest dziewczyną. W Jastrzębiej Górze spaliśmy w filmowych dekoracjach na plaży. Takie Stonehenge z dykty i drewna. Robiło się dziurę i kimało w megalicie. Faceci łazili z wiaderkami po grajdołach i krzyczeli: "Ogóry, ogóry z Jastrzębiej Góry!". Sprzedawali rano kiszone skacowanym. W Sopocie spaliśmy w piasku pod molo. W Zakopanem w wagonach na bocznicy. Najłatwiej było nie spać, tylko jechać bez przerwy. Kiedyś jechaliśmy sześćdziesiąt godzin non stop i pod Słupskiem mieliśmy już halucynacje bez żadnego podkładu.
Kiedyś wetknęły facetowi w tyłek przewód ze sprężonym powietrzem. Nie przeżył. Zupełnie jak z tymi żabami, które się nadmuchiwało w dzieciństwie.
Wtedy było spokojniej. Jak nie chcieliśmy załapać się na łomot, to przechodziliśmy na drugą stronę ulicy i żulia na ogół to honorowała. Mieliśmy wpadki, ale zazwyczaj była to nasza wina. Jak ktoś o pólnocy widzi siedmiu kolesi, powiedzmy, na Osowskiej i próbuje przejść między nimi, mówiąc w dodatku "przepraszam", to sam sobie winien.
Trochę jednak się pracowało. Krosbi oblatywał samochody na próbnym torze w FSO. Wypijali flaszkę i się ścigali fiatami. Zazdrościłem mu.
Ja pracowałem w Fabryce Mebli Artystycznych. Mało romantyczne zajęcie poza tym, że wszystkim facetom brakowało jednego albo dwóch palców.
Po Jeziorku Kamionkowskim pływali kajakarze, a żulia czasami rzucała w nich flaszkami. Pływli więc bliżej środka.
Raz coś mi wyskoczyło na członku, badała mnie pani doktor i to też było całkiem przyjemne.
A raz do porucznika Surego przyszedł chłop. Chciał, żeby mu wojsko pomogło zabić byka. Porucznik nie miał żadnej broni, bo to był roboczy, a nie bojowy poligon. Złapali więc tego byka i do łba przywiązali mu kostkę trotylu oraz pół metra lontu ze spłonką. Zapalili, ale byk się troche wystraszył i pobiegł do rodzinnej obory. Znów było jak na wojnie.
Polacy jacy są, tacy są, ale jak przyjdzie do tego, że trzeba władzy wykręcić numer, to nie ma lepszych.
To był bardzo w porządku chłopak. Niechcący zabił brata.
Nazajutrz rozdali nam kwity do podpisania. Stało w nich mniej więcej to, że nie będziemy mieli pretensji, jak jakis strażnik zastrzeli nas bez ostrzeżenia. Zebrała się starszyzna i zaczęła radzić. W końcu ustalili, że podpisujemy i niech się odwalą. Przecież jak nie podpiszemy, to i tak zastrzelą. Nieboszczykowi wszystko jedno, czy coś podpisał, czy nie.
Pacyfizm pacyfizmem, ale o tym, żeby nalutować zomowcom to każdy marzył. Nawet dziewczyny.
To chyba u mamy Galińskiego poznałem wtedy Krzyśka Skibę, chociaż może tego nie pamiętać. Opowiadał, jak rozrzucał w Jarocinie ulotki i zgarnęły go gliny. Był tylko w szortach, bez żadnych dokumentów i powiedział milicjantom, że nazywa się Jimmi Hendrix i oni to zapisali w raporcie.
Mareczek mieszkał chyba na Ząbkowskiej w jakiejś kompletnie lumpiarskiej kamienicy. Sąsiad rąbał mu drzwi siekierą, bo po pijanemu myliły mu się piętra.
Wkrótce nawiązałem szereg przelotnych romansów, o których nie będę wspominał, ponieważ jest to wysoce nieeleganckie. Niektóre z nich przeradzały się w przyjażnie i bardzo mi to odpowiadało, ponieważ ludzie, którzy spędzali ze sobą czas, nie powinni potem udawać, że się nie znają.
Poznałem go w momencie puszczania oszczędności teściowej oraz pustoszenia zamrażarki, w której teściowa zahibernowałą około pięćdziesięciu kilogramów mięsa róznego gatunku.
Dość szybko się nudził. To też była jego obsesja. Kiedyś przychodziliśmy przez Łazienkowską w miejscu oczywiście niedozwolonym i dopadła go taka nuda, że zasnął na trawniku pomiędzy dwoma pasami ruchu. Musiałem go budzić.
Justus wsiadł kiedyś w Krakowie i całą drogę do Warszawy szukał kasownika, bo był przekonany, że to jest tramwaj i wiezie go na Podgórze.
Pluszowy nieco nieufnie się do Lowry'ego odnosił. Był dla niego ciut za histeryczny. Mówił, że wiele hałasu o nic, że za grube i że w ogóle kultura Zachodu jest do zrzygania przesycona poczuciem winy. Mówił, że przydałaby się im jedna dobra okupacja, toby się jakoś pozbierali.
Kobieta daje szczęście na chwilę, a potem gryzie jak leśny wąż.
srebrne kule śpią w czarnych lufach
W komunizmie czas, podobnie jak pieniądze, miał wartość nieco umowną. Jedno i drugie się po prostu przepuszczało.
Zwyczajem wszystkich czeskich lekarzy odlałem się do umywalki.